Select Language

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

2 grudnia 2015

Zmierzch

Saga Zmierzch ~ część 1 ~

Stephenie Meyer 



Lenistwo wygrało! Nie pisałam 5 miesięcy, a teraz gdy mam najwięcej obowiązków, wzięło mnie na recenzowanie. Zawsze tak uciekam od nauki i choć zdaję sobie z tego sprawę to nic z tym nie robię.

„Śmierć jest łatwa, prosta, życie jest trudniejsze”

Dzisiaj opiszę książkę, o której zdania są bardzo podzielone. Niektórzy uważają ją za „dno” a inni za sam „szczyt” bestsellerów. Mowa o książce Stephenie Meyer pod tytułem „Zmierzch”. Chodź recenzja jest pisana na szybko to mam nadzieję, że dam rady to wszystko szybko streścić.

„Jeśli możesz żyć wiecznie, to musisz wiedzieć po co żyjesz”

Siedemnastoletnia Isabella (Bella) Swan przeprowadza się do deszczowego miasteczka. Nic nie wskazuje na to, że spotka ją coś tu ciekawego, jednak jej to nie przeszkadza. Bella nie lubi hucznych imprez, a sama jest niezbyt towarzyska. Jej normalne, nudne życie kończy się, gdy poznaje tajemniczego Edwarda Cullena, młodzieńca, któremu nikt nie może się oprzeć i którego nie da się rozgryźć. Bella próbuje poznać jego sekret, nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że naraża w ten sposób swoich najbliższych na niebezpieczeństw; sama naraża się na niebezpieczeństwo, bo przecież zakochała się w wampirze...

No, a teraz chyba najtrudniejsza kwestia. Czy ta książka jest dobra i warto ją przeczytać czy też nie?

Ja czytam wszystkie książki po 3 razy i przyznam się bez bicia, że mi się one spodobały. Cały czas czytam książki o szybkiej fabule, prawie zero romantyczności, a dużo o zabijaniu, a „Zmierzch" to była taka miła odmiana. To prawda, że książka jest taka „przeciągana” bardzo, wszystko rozwija się bardzo powoli, mało tam akcji, a więcej uczuć, uczuć, i uczuć. Myślę jednak, że powinno literatura powinna być zróżnicowana i czasem „coś innego” dobrze wpływa na człowieka.

W internacie panuje taka opinia: „Zmierzch” jest „gejowski” i tylko dla „pedałów”. Jeśli nawet ktoś czytał i mu się spodobało, to się po prostu do tego nie przyznaje. Wszystko przez tą opinie. Książka jest o dziewczynie i młodzieńcu, którzy darzą się niecodziennym uczuciem i nie do końca rozumiem, dlaczego miałaby być tylko dla osób homoseksualnych.

Saga „Zmierzch” znajduje się na mojej liście „ulubionych książek”, choć jest dużo wiele lepszych książek i z tym się zgadzam. Uważam, że książkę naprawdę da się przeczytać i nie zwymiotować. Mi się spodobała. Jest czasem taka „mdła”, ale bardzo rzadko. Myślę, że nie ma co się sugerować opinią ogółu i po prostu wziąć książkę, samemu ją przeczytać i ocenić.


„-Przecież ja mam dopiero osiemnaście lat!
więcej
-A ja prawie sto dziesięć. Pora się ustatkować.”

„- Boi się igły - mruknął Edward pod nosem, kręcąc głową. - Sadystyczny wampir, który chce ją zamęczyć na śmierć, prosi o spotkanie - nie ma sprawy, już leci, już jej więcej
nie ma. Ale gdy podłączyć ją do kroplówki...”

„-No cóż...doszedłem do wniosku, że skoro i tak skończę w piekle, to mogę po drodze więcej
zaszaleć.”

„- A to dopiero - mruknął Edward - Lew zakochał się w jagnięciu. (...)
- Biedne, głupie jagnię - westchnęłam.
więcej
- Chory na umyśle lew masochista.”




9 czerwca 2015

Klątwa tygrysa



Seria "Klątwa tygrysa" ~ część 1 ~


 

Colleen Houck

 

„Kiedy życie wręcza ci cytrynę, upiecz ciasto cytrynowe”


I kolejna seria, którą zamierzam tutaj opisać. Nie jest to seria całkowicie przeczytana przeze mnie, więc będę recenzować na bieżąco i nie będę jak miała porównać jednej części z drugą. Pierwsza część – „Klątwa Tygrysa”- jest to książka, która według mnie, ma w sobie coś i z „Narnii”, i coś ze „Zmierzchu”. A czego więcej? To już sami musicie zdecydujcie.

„Magnetyczne oczy tygrysa.
Pradawna klątwa, którą może zdjąć tylko ona.
Namiętność silniejsza niż strach.
Razem muszą stawić czoła mrocznym siłom.
Czy poświęcą wszystko w imię miłości?”

Osiemnastoletnia Kelsey Hayes tak jak wiele amerykańskich dziewczyn szuka sobie jakiegoś płatnego zajęcia na wakacje i znajduje je w … cyrku. Z początku ma tylko stać ma kasie i od czasu do czasu zabawić się w sprzątaczkę. Jednak los sprawia, że Kelsey zaprzyjaźnia się z … tygrysem. Z tygrysem, nie z niezwykle przystojnym mężczyzną, jak się pewnie wiele osób spodziewało. Jednak czy Ren naprawdę jest tylko tygrysem? A może wcześniejsze „spodziewanie” jest jak najbardziej słuszne i Kelsey w rozwiązaniu klątwy rzeczywiście pomoże prawdziwy książę z bajki?

Wcześniej napisałam, że książka jest trochę podobna i do twórczości pana Lewisa, i do twórczości pani Meyer. A myślę tak, dlatego, że „Klątwa tygrysa” to sto procent książki fantasty, ale nie czyta się jej tak jak „Harry’ego Pottera”, choć ta książka ma w sobie nawet sto jeden procent fantastyki. Styl pisania od razu skojarzył mi się ze stylem Lewisa i stąd to porównanie, choć w Narnii nie znajdziemy żadnych miłosnych wątków. 

Natomiast „zmierzchowe cechy” w tej książce ma sama bohaterka. Kelsey – Bella. Bella – Kelsey. Jest tylko malutka różnica. Bella przez prawie całą sagę starała się przekonać Edwarda o swoich prawdziwych uczuciach i nie ukrywała tego. A Kelsey kocha księcia i z początku mu to okazuje, a później nagle Kelsey coś sobie „ubzdurała” i próbuje go przekonać (siebie również), że nic ją nie obchodzi.

Magazyn Romantic Times, który specjalizuje się w romansach napisał:

„Sama J.K.Rowling chciałaby napisać tę książkę. Wartka akcja, świetna fabuła, poezja, miłość i magia, a przy tym zawrotne tempo zdarzeń”.

Ja się jednak z tym średnio zgadzam. „Klątwa tygrysa” troszeczkę odstaje od „Harry’ego Pottera”
głównie, dlatego, że książki Rowling czyta się bardzo łatwo i jest napisana prostym stylem, nawet dla dzieci. Natomiast podczas czytania książki Houck, miałam wrażenie, że czytam czasem rozmowę średniowiecznych dam, ponieważ dialogi bywały czasem takie sztuczne i prowadzone (napisane) na siłę. Ale z dalszą opinią magazynu zgadzam się w całości.

Książkę z początku czytało mi się trudno, dopiero po kilkudziesięciu stronach się wciągnęłam i dlatego daję jej 6 rowlingów. Książka na pewno spodoba się fanom serii „Zmierzch” oraz osobom, które lubią gdy mrożącym w krew żyłach przygodom towarzyszy „romans” głównych bohaterów.

„ – Proszę Kells. Coś ci przyniosłem – uśmiechnął się skromnie, wyciągając w moją stronę trzy owoce mango.
- Dzięki. Mogę spytać, skąd je wziąłeś?
- Od małp.
Zamarłam ze szczotką w powietrzu.
- Od małp? Jak to: „od małp”?
- Cóż, małpy nie lubią tygrysów, ponieważ tygrysy jedzą małpy. Kiedy więc w pobliżu pojawi się tygrys, małpy wskakują na drzewa i ciskają w tygrysa owocami lub odchodami. Na szczęście dla mnie dzisiaj rzucały owocami.
Przełknęłam ślinę.
- Czy …  zjadłeś kiedyś małpę?
Ren uśmiechnął się.
- Każdy tygrys musi jeść.
Wygrzebałam z plecaka gumkę i zaczęłam zaplatać włosy.
-Fuj, to ohydne.
Ren roześmiał się.
- Tak naprawdę nie jadłem nigdy małpy, Kells. Tylko się z tobą drażnię. Małpy smakują paskudnie, jak piłki do tenisa o konsystencji mięsa, a pachną jak niemyte stopy. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał: - Za to kawałek soczystego jelenia … niebo w gębie. – Zaczął mlaskać ostentacyjnie.”

„- Czy pozwolisz mi... się pocałować?
(...)
- Co masz... hmmm... To znaczy... Jak to: czy ci pozwolę?
(...)
- Dziewczynę trzeba zwalić z nóg, a prośba o pozwolenie jest po prostu... po prostu... niedzisiejsza. Nie jest spontaniczna. Nie ma nic wspólnego z namiętnością. Tak zachowują się stare pierniki. Więc skoro już musisz mnie pytać, odpowiedź brzmi... nie.
Ty idiotko! pomyślałam. Oświadczyłaś właśnie temu błękitnookiemu adonisowi, który w dodatku jest księciem, że uważasz go za starego piernika.
(...)
- Nie będę cię więcej pytał, Kelsey. Wybacz mi zuchwałość.”


3 maja 2015

Odwet



Kelley Armstrong

"To straszne urodzić się bez wyobraźni. Ciekawe, czy to leczą?"


Dzisiaj krótko, zwinnie i na temat: postanowiłam opisać ostatnią część trylogii „Najmroczniejsze moce” – „Odwet”. Mimo, że jest to ostatnia książka, to jest to również najlepsza. Rzecz jasna, według mnie. Pozostałe części były bardzo dobre, ale ta stanowczo je przebiła i dlatego daję jej pełne 8 rowlingów.

„To oni dali Chloe Saunders jej moce, a teraz chcą je odebrać. Wielki błąd…”

Jak to jest, kiedy jest się nekromantką? A zmodyfikowaną nekromantką, która potrafi ożywiać zmarłych ludzi, a nawet zwierzęta, choć te nie mają duszy? No, jak? Chloe doskonale się o tym przekonała. Ona i jej „upośledzeni” przyjaciele ukrywają się przed groźną instytucją, która zamieniła ich życie w piekło. Nie dość, że Chloe musi zmagać się z tą korporacją to musi jeszcze zmagać się z swoimi umiejętnościami, które nie są normalne nawet jak na nienormalną osobę… 

Dlaczego ta książka spodobała mi się najbardziej? A dlatego, że było w niej więcej ożywiania trupów, więcej niezwykłych ludzi z niezwykłymi umiejętnościami oraz sama fabuła jakoś bardziej przypadła mi do gustu, mimo, że Chloe zaczęła się borykać z problemem: „czarujący Simon czy gburowaty Derek?”.

Książka, tak jak i cała seria, jest napisana w fajny, prosty, młodzieżowy sposób i nie brakuje w niej sarkazmu. I ta książka/ seria jest właśnie też dla takich osób, głównie młodzieży, która lubi, gdy autor pisze z letką ironią. 


- No, a trzeci sposób? Masz jakiś pomysł, Chloe?
-Przesuwają się bezgłośnie?
-Świetnie. Tak!
No to mamy wszystkie trzy sposoby na odróżnienie ducha od żywej osoby. Rewelacja. Widzę, że koleś stoi spokojnie, nie ma na sobie munduru konfederatów, więc poproszę, żeby przeszedł przez jakiś mebel, a kiedy patrzy na mnie jak na debilkę, wiem, że to nie duch.


28 kwietnia 2015

Rozdział 2 ~ Nowa przeszłość ~




Droga do domu jeszcze nigdy tak szybko mi nie zleciała. To, co odkryłam kilkadziesiąt minut temu, nawet na sekund nie opuszczało moich myśli, bardzo chaotyczny zresztą myśli. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś miał oczy jak reflektory samochodowe. Kolorowe? Owszem, ale świecące – nigdy.
Zastanawiam się, jakiej udzielę odpowiedzi, kiedy mama zapyta się mnie o to, jak było w szkole. Normalnie. Odkryłam tylko, że ma w sobie coś z kota, ale to nic takiego. Co na obiad?
                Dopiero teraz mogę z szczerością stwierdzić, że wiem jak to jest, kiedy człowiek pragnie, aby kilka godzin jego życia wstecz poszły w niepamięć i okazały się zwykłym koszmarem.
                Więc, albo to wszystko mi się śni, albo po prostu zwariowałam od czytania fantastyki i wyobrażam sobie, że jestem jakimś mutantem ze święcącymi ślepiami, który z niewiadomych przyczyn znalazł się wśród normalnych ludzi.
                Ale w głębi duszy dobrze wiem, że każda z tych moich wizji jest po prostu ucieczką od rzeczywistości, rzeczywistości, w której istnieje … magia. I dopiero teraz, tak naprawdę zdaję sobie z tego sprawy, chociaż ona towarzyszyła mi od najmłodszych tylko, że wtedy nie rozumiałam, co to tak naprawdę jest. I co oznacza. Wszystkie niewyjaśnione, fantazyjne sytuacje i dziwne przebłyski pamięci, które czasem daję o sobie znać w mojej głowie, wzięłam za to, za co wziąłby ja każdy zwyczajny człowiek - za sny.
                Bo przecież tylko w snach mogą wydarzyć się takie rzeczy… 

                Nad moją głową unoszą się cztery wykonane ze szkła przestrzenne trójkąty. Pierwszy trójkąt otoczony jest ze wszystkich stron płomieniami. Wydają się być jednością. Pozostałe trzy są inne: drugi znajduje się w wielkiej kropli wodzie, która cały czas zmienia swój kształt, trzeci umieszczony jest w porywistym powietrzu, w wichrze, a wokół czwartego krążą jak planety wokół słońca małe kamyczki. Nie są przymocowane do żadnego sznureczka, a mimo to nie spadają na podłogę tylko leniwie szybują w powietrzu. Interesują mnie. Podnoszę małą, grubiutką rączkę, aby schwytać przedmioty, ale są za wysoko.

…albo…

Nieznajoma kobieta z jarzącymi się na złoto i szkarłatnie oczami, bierze mnie na ręce i biegnie w kierunku pięknych drzwi, wykonanych z czarnego drewna. Za nami coś eksploduje i pokój, z którego dopiero, co się wydostaliśmy staje w ogniu. Drzwi się zamykają.

…albo…

Siedzę na ogromnej szybie wraz z srebrnookim, przystojnym mężczyzną. Jego niebiesko - fioletowo - turkusowe włosy powiewają na ciepłym wietrze. Mężczyzna zwraca ku mnie twarz i śmieje się do mnie pokazując palcem w dół. Jego oczy są srebrne. Schylam głowę w dół i widzę, że znajduję się kilkaset metrów nad ziemią.

Te wspomnienia atakują mnie o wiele wyraźniej niż zwykle. Trójkąty, na które nie działa grawitacja i te dwie bezimienne osoby były kiedyś częścią mojego życia. Były. Co się z nim stało? I co się wtedy wydarzyło podczas tego wybuchu? Rodzice na pewno wiedzą o wszystkim, tylko, dlaczego przede mną to ukrywali? Muszę się tego dowiedzieć. Musze się dowiedzieć, kim jestem, bo nie chce do końca życia zostać półkotem, a półczłowiekiem.

* * *

                Gdy tylko dochodzę do ogrodzenia, podnoszę letko dłoń i brama sama się przede mną rozsuwa. Jest to wynalazek ostatnich lat i przyjemnie ułatwia życie. Człowiek, który posiada właśnie taka bramę lub samochód nie musi trudzić się szukaniem kluczyków tylko wystarczy, że podniesie rękę, a zamki same się odblokowują. Wszystko dzięki chipowi własności, który mamy umieszczony pod skórą. Są w nim umieszczone kody urządzeń, które mają na nas reagować, jeśli tylko nas wyczują, za pomocą tego właśnie chipa.
                Z początku nie byłam przekonana do tej wygodności, ponieważ bałam się, że mikroprocesor w końcu zardzewieje, a ja nabawię się jakieś paskudnej choroby. Tylko, że ludzie w dwudziestym drugim wieku wynaleźli już środek, który całkowicie zapobiega korozji i nie miałam więcej wymówek.
                Otwieram drzwi wejściowe i dwoma szybkimi ruchami pozbywam się zabrudzonych adidasów. Nareszcie jestem w domu. Zamierzam ściągnąć okulary, gdy mój wzrok zatrzymuję się na szopie czerwonych włosów w połowie schodów na górne piętro. Cofam rękę od twarzy, bo w obecnej sytuacji nie jest to najlepszy pomysł.
                Chłopak kiwa mi głową na powitanie, ale ja nie reaguje tylko jak w transie zmierzam do salonu, z którego dobiegają ściszone głosy. Z obawy, że mogą być to szantażyści zabieram ze sobą podłużną, metalową ozdobą z komody, gotowa w każdej chwili zaatakować. Wchodzę do salonu.
                Wszystko jest tak jak zawsze z wyjątkiem dwóch rzeczy… a dokładniej trzech rzeczy, bo ta ostatnia właśnie stanęła mi za plecami. Pierwszą z nich jest elegancka kobieta ubrana w damski garnitur. Nasze spojrzenia się krzyżuję, jeśli można to tak ująć – dalej mam na nosie okulary i lepiej niech tam zostaną.
                A drugą niewłaściwą rzeczą jest chłopak, który niewiarygodnie przypomina mojego prześladowcę z tyłu tylko, że ten ma niebieskie włosy, a nie czerwone i karnację bardziej ludzką.
                - To nie będzie ci potrzebne. – Odzywa się do mnie, wskazując palcem na metalową ozdobę, którą uważam za ostatnią deskę ratunku.
                Ja jednak nie jestem tego taka pewna. Spoglądam na ojca, który nieznacznie kiwa głową w moją stronę. Dopiero wtedy odrzucam przedmiot na stojący w pobliżu fotel, choć raczej niechętnie. Czekam na jakikolwiek pierwszy ruch ze strony rodziców lub przybyszów, ale ci tylko wpatrują się we mnie jakby na coś czekali.
                - Eee… - bełkocze i mruczę coś niezrozumiałego pod nosem, bo tylko na tyle mnie stać, ale najwyraźniej kobieta uznaje to za zachętę, ponieważ wstaje i podchodzi do mnie z wyciągniętą ręką.
                - Nazywam się Octavia Chief… – zwraca się do mnie oficjalnie przy okazji ściskają letko mi dłoń -…i jestem zastępcą pana Richarda Chiefa… oraz jego żoną. – Uśmiecha się, a Niebieski chłopak wysyła porozumiewawcze spojrzenie gdzieś za mnie, więc domyślam się, że jest ono przeznaczone dla, jak mi się zdaje, jego brata bliźniaka.
                - Eee… miło mi…
                - A ty to zapewnie Stephanie Titmouse?
                - Tak, to ja. Eee… mogę w czymś eee… pomóc? – Pytam trochę koślawo, bo kobieta dalej stoi przede mną z przerażająco przesłodzonym uśmiechem.
                Pani Chief uśmiecha się jeszcze szerzej, co jak mi się wydawało, nie było już możliwe.
                - Właśnie w tym rzecz… - chwila wahania – Proszę, ściągnij okulary.
                Przełykam głośno ślinę i żałuję, że odstawiłam wcześniej ciężką figurkę, bo być może zaraz by mi się przydała. Dobrze wiem, o co poprosiła mnie Chief, a mimo to udaję głupią i pytam trochę niegrzecznie:
- Co?
- Chciałabym ujrzeć twoje oczy. – Odpowiada takim tonem, na podstawie, którego możne sądzić, że ma niezwykle słuszne powody, aby zadać takie pytanie.



 -------------------------------------------------------------------------------------

Cześć książkomaniacy !
To dopiero drugi rozdział i szczerze mówiąc... idzie mi to w ślimaczym tempie.
Pomysłów nie brakuje, a i tak jest trudno.
Mimo to mam nadzieję, że ten rozdział nie jest najgorszy :))
Miłego (oby) czytani i harry'ego dnia

20 kwietnia 2015

Złodziej Pioruna



Rick Riordan

 

 

Seria Percy Jackson I Bogowie Olimpijscy ~ część 1 ~

 

 

„Idź tam, gdzie prowadzi Cię serce, inaczej utracisz wszystko”

Dzisiaj opiszę pierwszą część serii, która zdobyła moje serce w prawie takim samym stopniu, co Harry Potter. A u mnie to jest naprawdę duże wyróżnienie, bo ja każdą książkę porównuję z tą serią. I znaczna część książek, czytanych przeze mnie, nie jest nawet w połowie tak dobra jak ona. Myślałam nawet, że skoro każdą książkę konfrontuje z książkami J.K.Rowling, to może oceniałabym literaturę na tym blogu nie w skali od 1 do 10 gwiazdeczek tylko od 1 do 10 rowlingów? Nie ma czegoś takiego, ale przecież może być.

Dzisiejsza książka to dzieło Ricka Riordana i zasługuje ona sprawiedliwe 8,5 rowlingów! Mowa tu oczywiście o „Złodziej Pioruna” – pierwszej części pięciotomowej serii „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy”. No, więc do dzieła!

„Prawdziwy świat jest tam, gdzie są potwory. Dopiero tam przekonujesz się, ile jesteś wart”

Kim jest Perseusz „Percy” Jackson? Zwykłym chłopcem? Tylko w połowie. I teraz rodzi się pytanie: kim jest zatem w tej drugiej połowie? Odpowiadając bardzo krótko, Percy jest herosem, czyli półczłowiekiem, a pół bogiem. Jego ojcem jest Posejdon – król wszystkiego, co znajduje się pod wodą, natomiast Zeus jest jego wujkiem, lecz ich znajomość nie zaczęła się najlepiej. Według niego Percy’ego, jest złodziejem jego najpotężniejszej broni, broni masowego rażenia, … pioruna piorunów. Czy Percy zdoła odkryć, kto oszukał i okradł jego „wuja”? Dążenie do tej prawdy nie będzie dla Percy’ego i jego przyjaciół łatwe, ponieważ mitologiczne potwory mają niezwykły dar „wyczuwania” herosów, bardzo smacznych „kąsków”.

Tak jak pisałam wcześniej, książka bardzo mi się spodobała i to pod wieloma względami. Nic nie jest w niej przesadzone, ani niczego też w niej nie brakuje. Wątek miłosny – jest go naprawdę mało, prawie wcale, ale rozwinie się on w późniejszych częściach. Ale i tym „ciii”.

Ciekawe przygody? Tego jest naprawdę dużo, może nawet w nadmiarze, ale w takim „pozytywnym nadmiarze”. Percy cały czas spotyka potwory, zwroty akcji są szybkie i w sumie nie sposób przewidzieć, co może wydarzyć się dalej. A najlepsze jest to, że Pecy’ego podczas walki nie opuszcza poczucie humoru. I od czasu do czasu pojawiają się różne absurdalne myśli naszego bohatera i przez tą „absurdalność” tych myśli, można się czasem nieźle uśmiać. A śmiech to zdrowie! Bardzo fajnie, że Riordan o tym nie zapomniał.

Ogólnie „Złodziej pioruna” jest to książka dla wielbicieli fantastyki i książek przygodowych, dla ludzi kochających nie tylko poważne, melancholijne historie i w sumie to chyba też dla fanów Harry’ego Pottera. Książki są w jakimś tam stopniu, według mnie podobne. Co prawda, „PJ” troszeczkę brakuje do „HP”, ale jest on naprawdę bardzo dobry i jeśli czytał ktoś całą serię Rowling to niech teraz weźmie się za serię Riordana i niech sam porówna. Nie będziecie żałować!    


 „-(...) A jak umarliście, co?
Szturchnąłem Grovera.
- Och - powiedział - No... utonęliśmy... w wannie.
-Cała trójka? - zapytał Charon.
Potaknęliśmy
-To musiała być duża wanna - (...)."

"Bardzo chciałbym móc powiedzieć, że w drodze na dół nachodziły mnie głębokie przemyślenia i doznawałem nagłych objawień, że pogodziłem się z własną śmiertelnością, śmiałem się śmierci w twarz itd.
A tak naprawdę to jak było? Naprawdę myślałem po prostu Aaaaaaaauuuuuuuaaaaaaa!"